Niedziela po 15 sierpnia

Przeczytałem długi artykuł o tym, jak się pracuje w mojej firmie. Aż boję się iść jutro do biura.

**

Nareszcie porządnie pada. W piątek pokropiło przez kilka minut, a ziemia od razu odpowiedziała cudownym zapachem zmoczonej gleby. Dzisiaj pada już regularnie, systematycznie. Cały nadchodzący tydzień ma być taki, już się cieszę, że będę mókł w drodze do pracy.

**

Za dwa miesiące Barcelona w Monachium. Fajny prezent urodzinowy.

Wojny książkowe

Jeżeli cokolwiek mogłoby mnie zachęcić do napisania nowej notki, to tylko książki. Książki, jak wiadomo, trzeba nie tylko czytać, ale również przechowywać. A jeśli przechowywać, to również porządkować.

Postanowiłem wreszcie rozprawić się z tomami zalegającymi pod sufitem, na krześle w kuchni, na parapecie. Już kilka miesięcy temu zakupiłem regał hańby, który wstawiłem do piwnicy. Zniosłem tam wszystkie stare czasopisma (których wrzucić nie mogę, no nie mogę!), zostawiając przezornie miejsce na książki. Dzisiaj nadszedł czas rozprawić się z drukami zwartymi. W mieszkaniu fryburskim była to potyczka trzecia z rzędu (w Warszawie bitew było więcej, o czym na marginesie donosi ta notka).

Domowe wojny regałowe potrafią zwieść na manowce, jak pysznie opisuje to choćby Anne Fadiman. I nawet jeśli wojnę toczyć trzeba tylko z samym sobą, to łatwo nie jest.

Co wynieść do piwnicy?

Co wstawić do regału w kuchni, a co do regału obok biurka?

Czy w trakcie porządkowania zaglądać do książek?

Czy „Gorgiasza” postawić obok „De officiis”, czy obok „Wojen kultur”?

Jeśli „Samuel Zborowski” znajdzie się za blisko „Anatomii władzy”, to czy Rymkiewicz nie wyskoczy z szablą na Mistewicza, który będzie mógł bronić się tylko Twitterem?

Czy pożyczoną przed pięcioma laty książkę wstawić wreszcie tam, gdzie pasuje tematycznie, czy jednak ciągle kłaść okładką do góry na pozostałe książki, bo „przecież to nie moja, tylko pożyczona, zaraz oddam”?

Czy pożenienie Dehnela z Dostojewskim, Mannem i Goethem nie jest jednak mezaliansem?

I wreszcie: czy tych dwóch regałów nie mógłby wreszcie zastąpić jeden czytnik Kindle?

Święty Izydorze, patronie Internetu i digitalizacji, przyspiesz powiększenie oferty e-booków!

Diecezje południowe 1972

Porządkowałem biuro (czynność mogąca pochłonąć nieskończone zasoby czasu). Odzyskałem około stu koszulek na dokumenty, wyrzuciłem kilka kilogramów papieru, scaliłem kilkanaście segregatorów. I właśnie segregatory natchnęły mnie do spisania tych paru banalnych zdań. Swoje biuro urządzałem w niesławnym roku 2009, gdy nawet nowe segregatory wydawały się zbytnim luksusem. Dlatego moje pochodzą z demobilu. Zgarnąwszy je z kontenera przygotowanego do wywozu na wysypisko, nakleiłem na nie niedbale etykietki, na których dominującym tagiem było słowo „e-booki”. Teraz, w ramach porządkowania, postanowiłem etykietki odświeżyć. I dopiero dzisiaj zwróciłem uwagę na oryginalne opisy. „Korespondencja 1971”, „Diecezje południowe 1972”, „Faktury 1970”. Ładny kontrast: do przechowywania dokumentów o e-bookach wykorzystuję czterdziestoletnie segregatory. A swoją drogę to smutne, że do zarządzania działem e-booków wciąż muszę przetwarzać takie ilości papieru.

Amazon i Apple grają w różnych ligach

Ostatniego dni sierpnia obiecałem, że zamieszczę obszerniejszą recenzję czytnika Kindle. Z obietnicy się nie wywiązałem. Nie wiem dlaczego, bo przecież już 7. września w „Bibliotece Analiz” zamieściłem takową recenzję. Oto i ona:

Pod koniec sierpnia Amazon rozpoczął sprzedaż trzeciej generacji czytników e-booków Kindle. Urządzenie jest lżejsze, cieńsze, szybsze i… tańsze od niemal wszystkich dostępnych na rynku e-readerów. Czy to reakcja na sukcesy tabletu iPad firmy Apple i walka o utrzymanie dominującej pozycji na rynku książki elektronicznej? Tak uważać mogą analitycy skupieni na wynikach finansowych, ja jako użytkownik obu urządzeń szybko zdałem sobie sprawę, że iPad i Kindle grają w różnych ligach.

Czym zatem różni się iPad od Amazon Kindle’a? A czym różni się czasopismo od powieści? Pierwsze ma wysokiej klasy kredowy papier, prezentuje szerokie spektrum tematów, a nad tekstem coraz częściej dominują zdjęcia, rysunki, infoboksy i wykresy. Książka beletrystyczna rezygnuje za to z błyszczącej powierzchni, skupia się na narracji, a jej treść jest co najwyżej uzupełniana elementami graficznymi. Podobnie jest z dwoma urządzeniami, które wywołują tyle emocji na rynku prasy i książki. Z iPada korzystam już od kilku miesięcy i muszę przyznać, że nie udało mi się jeszcze przeczytać na nim w całości żadnej książki. Inaczej jest z najnowszym czytnikiem Amazonu: od razu pierwszej nocy od deski do deski przeczytałem na nim średniej długości powieść.

iPad to urządzenie tworzące nieistniejący dotychczas rynek urządzeń mieszczących się pomiędzy smartphone’ami a netbookami. Używam go przede wszystkim do surfowania po Internecie, czytam pocztę, czasem słucham muzyki (choć do tego lepiej nadaje się kompaktowy iPod), a w podróży oglądam filmy. Przy okazji korzystam z tuzina spośród dziesiątek tysięcy aplikacji dostępnych w App Store. Tylko z powodu zawodowych zainteresowań w gąszczu wielu ikon na pulpicie zauważyłem iBooks, a więc aplikację do czytania e-booków. Jakość lektury mnie nie zachwyca: pełen refleksów ekran mocno rozprasza i na dłuższą metę męczy, a wybór tytułów w sklepie z e-bookami nadal pozostaje mizerny. Długiej lekturze nie sprzyja również waga urządzenia: jest ono niespodziewanie ciężkie i już po kilku minutach miałem wrażenie, że w dłoniach trzymam nie najmodniejszy gadżet wiosny, tylko tomiszcze Wielkiej Encyklopedii Powszechnej.

Książki na iPada można pobierać również jako samodzielne aplikacje bezpośrednio z App Store, ale w tym przypadku trudno mówić o produkcie, jaki znamy z czasów ery Gutenberga. Na przykładzie modelowej aplikacji „Alice in Wonderland” widać, jakie wyzwania stają przed wydawcami, chcącymi odnieść na iPadzie sukces ze swoim contentem: musi być on ubrany w dopracowaną szatę graficzną wzbogaconą o elementy graficzne, które można przesuwać palcami po ekranie lub wprawić w ruch, potrząsając iPadem.

Urozmaicanie e-booków elementami multimedialnymi prowadzi do rozproszenia uwagi czytelnika, dla którego linearność opowieści przestaje być atrakcyjna. iPadem powinni zatem raczej zainteresować się wydawcy edukacyjni, ponieważ łatwe wplatanie w tekst grafik, zdjęć, plików dźwiękowych i filmów otwiera zupełnie nowe perspektywy dla książek popularnonaukowych, dziecięcych i dla podręczników.

Klientom o bardziej tradycyjnym oczekiwaniom w stosunku do książki zdecydowanie bardziej do gustu przypadnie czytnik Kindle. Strategia Amazonu zakłada, że czytelnik ma zapomnieć, iż trzyma w ręku urządzenie elektroniczne. Trzecia generacja Kindle’a spełnia te założenie doskonale: urządzenie jest nadspodziewanie lekkie i małe, choć ekran wielkości książek Czytelnika z serii Nike jest wystarczająco duży do wygodnego czytania. Wyświetlacz został udoskonalony w stosunku do czytników poprzedniej generacji: nadal korzysta z technologii tuszu elektronicznego, ale odświeżanie strony trwa zdecydowanie krócej niż sekundę, a kontrast i jakość druku są lepsze niż w niejednej książce drukowanej na tradycyjnym papierze.

Mało intuicyjna jest nawigacja urządzenia, chociażby dlatego, że Kindle nie jest wyposażony w ekran dotykowy. To cena za ostrość wyświetlanego druku, którą jednak jestem gotowy ponieść również dla wszystkich innych pozytywnych cech czytnika. Zaliczają się do nich stały, bezpłatny dostęp do sklepu Amazonu z e-bookami, które tak jak w przypadku iPada ściągam bezpośrednio na Kindle’a, a także synchronizacja pomiędzy różnymi urządzeniami, na których korzystam z aplikacji Kindle. Trzeba bowiem dodać, że książki zakupione w Amazonie czytać mogę również na komputerze, a także na… iPadzie. Jeżeli lekturę powieści na komputerze skończę na stronie 73, to otwierając tę samą książkę na Kindle, również wyląduję automatycznie na tej stronie 73. Mogę również robić notatki na wygodnej, choć miniaturowej klawiaturze, a także dzielić się z pozostałymi użytkownikami Kindle’a najważniejszymi cytatami. W ten sposób widzę, które fragmenty książki przemawiają najbardziej do innych czytelników.

W czasie lektury mojej pierwszej książki na najnowszym Kindle, od pewnego momentu rzeczywiście nie zwracałem już uwagi na to, że trzymam w ręku urządzenie elektroniczne, a nie tradycyjną książkę. Co więcej, szybko uznałem przewagę czytnika Amazonu nad wydaniami drukowanymi. Gdy następnego wieczoru zabrałem się za czytanie bestsellera w twardej okładce, moje nadgarstki szybko odczuły ciężar, którego nie doświadczałem poprzedniego wieczoru.

Amazon Kindle trzeciej generacji

A więc już jest. W trzy dni po premierze dotarł do mnie Amazon Kindle trzeciej generacji w kolorze grafitowym. W prostym pudełku leży leciutkie i cieniutkie urządzenie, które na pierwszy rzut oka o lata świetlne wyprzedza inne czytniki e-booków, z których dotychczas korzystałem, takie jak Sony Reader PRS-505, iLiad, czy iRex DR1000.

Na ekranie powitalny obraz z informacjami o tym, jakie kroki podjąć przy pierwszym uruchomieniu: podłączyć do komputera i włączyć. E-booki kupuję bezpośrednio przez Kindle, bo urządzenie na (niemal) całym świecie jest stale online. Czytnik jest od razu spersonalizowany, w ciągu kilkudziesięciu sekund, bez żadnego rejestrowania się czy logowania, pobieram e-booki, które już wcześniej kupiłem na Amazonie. Oczywiście otwierają się na tej stronie, na której skończyłem je czytać na iPadzie.

A właśnie, iPad. W stosunku do Kindle’a wydaje się duży, gruby i ciężki. Nieporęczny. I jeszcze ten świecący ekran pełen odcisków moich paluchów. Za to Kindle jest lekki i wydaje się być solidny. Jak to ujął kolega z biura: „nie bałbym się go upuścić na podłogę”. Zatem do książek zdecydowanie Kindle. iPada wezmę do pociągu, jeśli będę chciał nie tyle czytać, co bawić się multimedialnie i surfować (o ile złapię zasięg).

Wracamy do Kindle. Włączyłem, zsynchronizowałem, przeczytałem kilka stron, zrobiłem notatki na klawiaturze (fizycznej, nie wirtualnej – duży plus!), wyłączyłem. Na ekranie wyświetliła mi się podobizna Marka Twaina. O, a następnym razem rycina z rybami. Drobnostki, ale cieszą.

Trzeba przyznać: nawigacja trochę staroświecka, żadnego ekranu dotykowego, wszystko za pomocą strzałek i przycisków. Ale czytelnicy to (chyba) inteligentni ludzie, nie muszą mieć koniecznie uproszczonej, obrazkowej nawigacji à la Apple. Do wyboru osiem rozmiarów tekstu, w niektórych książkach mogę też zmieniać rodzaj czcionki i interlinię. Mogę zmniejszać i zwiększać marginesy oraz obracać obraz. Tym razem Amazon nie wyłączył funkcji text-to-speech, która działa nadspodziewanie dobrze (przykład czytanego fragmentu w wideo).

Tyle na początek. Po pierwszych godzinach zabawy z Kindle, jutro nareszcie siądę i zacznę z niego spokojnie czytać. Kolejny raport z użytkowania już wkrótce.

Myśmy tu rzeczywiście trochę zgłupieli*

Nie chcemy większych zmian. Wszystko toczy się przecież dobrze utartym rytmem: dostajemy pięć obfitych posiłków dziennie, wystawny obiad w niedzielę i koncert orkiestry co drugi tydzień. Ostatnimi czasy zarząd sprezentował nam nawet gramofon, teraz mamy zatem dostęp do kultury z wielkiego świata.

Nie potrzeba nam dalekosiężnych wizji, od nich ważniejsze jest zdrowie; tak, zdrowie jest najważniejsze. Zapobiegliwość też nie jest cechą niezbędną, o wszystko troszczy się przecież zarząd i radca dworu. Oni wiedzą, co jest dla nas dobre, co więcej, dbają nie tylko o nasze zdrowie fizyczne, ale i psychiczne. Skutecznie eliminują rozdrażnienie i wprowadzają między nami zgodę, która co prawda nieco nas ogłupia, ale zapewnia święty spokój.

Gdyby pacjenci sanatorium Berghof mieli potrzebę napisania manifestu, to tak mogłyby wyglądać do niego szkice. Nigdy do stworzenia tekstu w takiej formie oczywiście by nie doszło, bo nie ma miejsca na polityczne myślenie w grupie ludzi, gdzie podstawowym tematem rozmów jest pogoda, zachowanie sąsiadów i skandaliki obyczajowe. Trudno tę zbiorowość nazwać nawet społecznością, gdyż więzy łączące jej członków są zadziwiająco nikłe i powierzchowne.

Nie wchodzi się tutaj w głębsze kontakty, nawet zawiązywanie zwykłych znajomości jest świadomie utrudniane przez lekarzy. Uczucia, które mogłyby zrodzić się między kuracjuszami, rugowane są podejrzaną psychoanalizą. Aktywność społeczna ma oczywiście prawo istnieć, o ile sprowadza się do wymiany znaczków, robienia zdjęć, czy zbiorowego pałaszowania coraz to wymyślniejszych rodzajów czekolady. Poważnych gazet się nie czyta, donoszą one tylko złe wiadomości o problemach i sporach, które nie powinny zaprzątać głowy nikomu liczącemu się ze zdrowiem.

Z zaprogramowaną przez lekarzy łatwością zapomina się o tych, którzy opuścili sanatorium żywi albo martwi. Śmierć osłaniana jest grubą zasłoną milczenia, której pod żadnym pozorem zerwać nie wolno. Mówienie o zmarłych wywołuje skandal, ponieważ zinternalizowane przez kuracjuszy przepisy jasno określają, że pacjenci mają prawo być zachowani od szokującego kontaktu z trupami. Ktokolwiek złamie to tabu, może oczekiwać pełnego stanowczości protestu, włącznie z zarzutem grubiaństwa i złego wychowania.

Większości Polaków spodobałoby się w sanatorium Berghof. Nieuczestniczenie w politycznych dyskusjach premiowane byłoby wygodnym leżakiem z dwoma kocami z sierści wielbłądziej, a niezajmowanie się zwłokami i trumnami skutkowałoby dodatkową porcją słodkiej leguminy na deser. Polacy wysłani do Davos może mieliby nikłą świadomość faktu, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej, ale nie czuliby potrzeby jej rozbudzania. W końcu przez ostatnich parę lat usilnie byli przekonywani, że cały świat poza Berghofem nękany jest kryzysami i zapaściami, a tylko na ich wysokogórskiej, zielonej wyspie stabilności nie dzieje się nic złego. Ba, mogą nawet w weekend rozłożyć grill, a ubrudzone od węgla ręce wymyć w ciepłej wodzie. Przypadki nagłej śmierci pozostawia się natomiast specjalistom, którzy za parawanem dyskretnie usuwają wszelkie jej pozostałości.

Tekst ukazał się w lipcu 2010 w portalu www.teologiapolityczna.pl.

* Tytuł to refleksja Joachima Ziemssena, który leczył się w sanatorium Berghof w Davos. To jego odwiedził Hans Castorp, bohater powieści „Czarodziejska Góra” Thomasa Manna. Warte odnotowania jest też drugie zdanie tej wypowiedzi: „Ale nadejdzie czas, że przyjdziemy znowu do siebie”. Thomas Mann, Czarodziejska Góra, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, Warszawa 2009, s. 73.

Na świat wolę patrzeć przez okulary

W Barcelonie zrobiłem trzy zdjęcia. Palmy za oknem w biurze, panoramy miasta z Sagrada Familia i schodków prowadzących przez slumsy położone dwie minuty piechotą od głównego szlaku turystów. Chce ktoś więcej zdjęć z Barcelony? Proszę bardzo: na Flickr w momencie, gdy piszę to zdanie, są dwa miliony czterysta dziewięćdziesiąt osiem tysięcy dziewięćset sześćdziesiąt trzy fotki z Barcelony. Enjoy.

Obrazy wolę zapisywać w mojej pamięci, a nie na karcie SD. Chcę, żeby były przeze mnie przetwarzane, zamazywane, idealizowane. Zamiast otworzyć na komputerze folder z tysiącami preparatów zakonserwowanych w pikselach, wolę wyciągnąć z mojej zawodnej pamięci kilka zmanipulowanych wspomnień. A w czasie poznawania nowego miasta na świat patrzę chętniej przez okulary niż przez obiektyw cyfrówki.

Permalink: http://piotrowicz.info/?p=252

Naród zdradził swoją Bibliotekę

Skończyły się Międzynarodowe Targi Książki. Padł kolejny rekord frekwencji, odwiedzających było 15% więcej niż rok temu. To wszystko pomimo coraz mniejszej liczby wystawców, braku prawdziwych bestsellerów i kuriozalnego gościa honorowego, jakim była Rada Europy. Polacy chcą oglądać, kupować i czytać książki.

Oczyma wyobraźni widzę, jak w tej chwili w Bibliotece Narodowej na pełnych obrotach pracuje sztab kryzysowy, który obmyśla, jaki dramatyczny komunikat wysłać w świat, by ostudzić ten owczy pęd Polaków do lektury. Od lat wiadomo przecież, przynajmniej w Bibliotece Narodowej, że Polacy czytają coraz mniej. Wiadomo, bo wykazują to wyniki badań ankietowych, których wykonanie zatroskana Biblioteka zleca, by móc się zatroskać jeszcze bardziej. Ale lamentującej Biblioteki nikt nie słucha, najwyżej marni dziennikarze, którym łatwiej zrobić newsa na podstawie alarmującej informacji prasowej niż rzetelnie zbadać temat. Najpierw cios Bibliotece Narodowej zadali eksperci, którzy ocenili, że rynek, owszem, rozwija się. Potem odezwali się wydawcy, którzy ogłosili, że w 2008 roku znów sprzedali więcej i drożej niż rok wcześniej. A teraz jeszcze naród zdradził swą Narodową Bibliotekę i przyszedł na targi. Obejrzał książki, kupił ich sporo, a zapewne je jeszcze przeczyta.

http://piotrowicz.info/?p=245

Piękny wybór

Gdy ze skrzynki wyjąłem kopertę z przesyłką od miasta, od razu założyłem, że wszczęto przeciwko mnie postępowanie karne w związku z trzydniowym opóźnieniem w zapłacie za wywóz śmieci. Otwarcie koperty ujawniło, że jednak nie będę ścigany za to ciężkie przestępstwo. Miasto zawiadamia mnie o prawie do głosowania w wyborach do Parlamentu Europejskiego i rady miasta. To oczywiście wygodne, że w wyborach europejskich mogę wziąć udział w Niemczech, ale czuję również spory dyskomfort, że te wszystkie toporne plakaty wyborcze od dzisiejszego niefortunnego otwarcia koperty skierowane są również do mnie. Wybrać mogę pomiędzy „Nami w Europie” i „Niemcami w Europie” z jednej strony, a „Socjalną Europą”, „Pensją minimalną” i nieokreślonym, zielonym „WUMSem” z drugiej. Piękny wybór: socjalizm albo pani Steinbach.