Myśmy tu rzeczywiście trochę zgłupieli*

Nie chcemy większych zmian. Wszystko toczy się przecież dobrze utartym rytmem: dostajemy pięć obfitych posiłków dziennie, wystawny obiad w niedzielę i koncert orkiestry co drugi tydzień. Ostatnimi czasy zarząd sprezentował nam nawet gramofon, teraz mamy zatem dostęp do kultury z wielkiego świata.

Nie potrzeba nam dalekosiężnych wizji, od nich ważniejsze jest zdrowie; tak, zdrowie jest najważniejsze. Zapobiegliwość też nie jest cechą niezbędną, o wszystko troszczy się przecież zarząd i radca dworu. Oni wiedzą, co jest dla nas dobre, co więcej, dbają nie tylko o nasze zdrowie fizyczne, ale i psychiczne. Skutecznie eliminują rozdrażnienie i wprowadzają między nami zgodę, która co prawda nieco nas ogłupia, ale zapewnia święty spokój.

Gdyby pacjenci sanatorium Berghof mieli potrzebę napisania manifestu, to tak mogłyby wyglądać do niego szkice. Nigdy do stworzenia tekstu w takiej formie oczywiście by nie doszło, bo nie ma miejsca na polityczne myślenie w grupie ludzi, gdzie podstawowym tematem rozmów jest pogoda, zachowanie sąsiadów i skandaliki obyczajowe. Trudno tę zbiorowość nazwać nawet społecznością, gdyż więzy łączące jej członków są zadziwiająco nikłe i powierzchowne.

Nie wchodzi się tutaj w głębsze kontakty, nawet zawiązywanie zwykłych znajomości jest świadomie utrudniane przez lekarzy. Uczucia, które mogłyby zrodzić się między kuracjuszami, rugowane są podejrzaną psychoanalizą. Aktywność społeczna ma oczywiście prawo istnieć, o ile sprowadza się do wymiany znaczków, robienia zdjęć, czy zbiorowego pałaszowania coraz to wymyślniejszych rodzajów czekolady. Poważnych gazet się nie czyta, donoszą one tylko złe wiadomości o problemach i sporach, które nie powinny zaprzątać głowy nikomu liczącemu się ze zdrowiem.

Z zaprogramowaną przez lekarzy łatwością zapomina się o tych, którzy opuścili sanatorium żywi albo martwi. Śmierć osłaniana jest grubą zasłoną milczenia, której pod żadnym pozorem zerwać nie wolno. Mówienie o zmarłych wywołuje skandal, ponieważ zinternalizowane przez kuracjuszy przepisy jasno określają, że pacjenci mają prawo być zachowani od szokującego kontaktu z trupami. Ktokolwiek złamie to tabu, może oczekiwać pełnego stanowczości protestu, włącznie z zarzutem grubiaństwa i złego wychowania.

Większości Polaków spodobałoby się w sanatorium Berghof. Nieuczestniczenie w politycznych dyskusjach premiowane byłoby wygodnym leżakiem z dwoma kocami z sierści wielbłądziej, a niezajmowanie się zwłokami i trumnami skutkowałoby dodatkową porcją słodkiej leguminy na deser. Polacy wysłani do Davos może mieliby nikłą świadomość faktu, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej, ale nie czuliby potrzeby jej rozbudzania. W końcu przez ostatnich parę lat usilnie byli przekonywani, że cały świat poza Berghofem nękany jest kryzysami i zapaściami, a tylko na ich wysokogórskiej, zielonej wyspie stabilności nie dzieje się nic złego. Ba, mogą nawet w weekend rozłożyć grill, a ubrudzone od węgla ręce wymyć w ciepłej wodzie. Przypadki nagłej śmierci pozostawia się natomiast specjalistom, którzy za parawanem dyskretnie usuwają wszelkie jej pozostałości.

Tekst ukazał się w lipcu 2010 w portalu www.teologiapolityczna.pl.

* Tytuł to refleksja Joachima Ziemssena, który leczył się w sanatorium Berghof w Davos. To jego odwiedził Hans Castorp, bohater powieści „Czarodziejska Góra” Thomasa Manna. Warte odnotowania jest też drugie zdanie tej wypowiedzi: „Ale nadejdzie czas, że przyjdziemy znowu do siebie”. Thomas Mann, Czarodziejska Góra, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, Warszawa 2009, s. 73.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.