Biblia

W ostatnim czasie natrafiłem na dwa skrajnie różne teksty o Biblii. Jeden w „The New Yorker”, drugi w „Herder Korrespondenz”. Niebo a ziemia: zarówno jeśli chodzi o rodzaj gatunkowy pism, jak i podejście do tematu. Trudno uznać te teksty za polemiczne wobec siebie, bo autor jednego z pewnością nie był zainspirowany tekstem drugiego, ani vice versa. Oba zajmują się jednak tą samą kwestią: dostosowania Pisma Świętego do współczesności.

Radosh w „New Yorkerze” opisuje fenomen niegasnącej popularności Biblii w USA, która każdego roku jest numerem jeden na liście bestsellerów, pomimo że „w 91 procent amerykańskich gospodarstw domowych znajduje się przynajmniej jedna Biblia – w przeciętnym domu są cztery egzemplarze – co oznacza, że wydawcom Biblii udaje się sprzedawać rocznie 25 milionów egzemplarzy książki, którą prawie każdy już ma”. Jak im się to udaje? Nie da się wyjaśnić tego tylko i wyłącznie wysoką religijnością Amerykanów. Dużo istotniejszy jest fakt, że wydawcy z Biblią robią wszystko, co im się żywnie podoba: skracają, sklejają, redagują, komentują, wreszcie tłumaczą na język używany przez ściśle określone grupy docelowe. Radosh pisze:

„Good News for Modern Man [przełomowe wydanie Biblii z 1966 – przyp. aut.] było rewolucyjne nie tylko w warstwie graficznej, ale i tekstowej. Do czasu jej wydania, najważniejszych angielskich tłumaczeń dokonywano zgodnie z zasadą „formalnej zgodności”, starając się zachować strukturę zdań, fraz i idiomów z występującą w oryginale. Tłumaczeniu Good News przyświecała idea „funkcjonalnej zgodności” – tłumaczono nie słowo w słowo, ale tak, aby przekazać myśl i znaczenie oryginalnego tekstu, nawet jeśli oznaczało to zmianę słów lub kolejności zdań.”

Stąd już niedaleka droga do uczynienia z Pisma Świętego produktu skrojonego do potrzeb wąskich grup odbiorców. Jak odnotowuje autor artykułu, w 2003 roku na rynku amerykańskim pojawił się Nowy Testament, którego wygląd do złudzenia przypominał pisemka dla nastolatek, a na kolorowej okładce zamiast napisu „Biblia” znalazło się hasło „Buntuj się”. Współczesne wydania Ewangelii naszpikowane są quizami, zdjęciami nastolatków i poradami kosmetycznymi – oczywiście wspartymi stosownymi cytatami biblijnymi. Poradę jak usunąć z bluzki białe plamy z dezodorantu zakończono w jednym z takich czasopism cytatem z 1 Listu św. Jana: „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1 Jan 1, 9). Cóż, również w Polsce pojawiają się takie pomysły. Dwa lata temu na portalu Bosko.pl ukazał się fragment „Dobrej Czytanki wg św. ziom’a Janka” – fragment Ewangelii przetłumaczony na współczesny, slangowy język.

Z zupełnie innej perspektywy pisze Ludger Schwienhorst-Schönberger w konserwatywnym „Herder Korrespondenz”. Punkt po punkcie dowodzi, jak błędne w założeniach i realizacji jest głośne ostatnio protestanckie tłumaczenie Biblii na niemiecki, zwane „Biblią w sprawiedliwym języku”. Autor nie fascynuje się dostosowaniem „produktu” do potrzeb rynku, ale w sposób udokumentowany dowodzi, że z punktu widzenia zarówno lingwistyki, jak i teologii, jakiekolwiek próby modyfikacji i uwspółcześniania Pisma Świętego należy uznać za bezzasadne.

Jednym z głównych zabiegów zastosowanych w „Biblii w sprawiedliwym języku” jest feminizacja tekstu, polegająca na zastępowaniu rzeczowników o rodzaju męskim lub męskoosobowym rzeczownikami o rodzaju żeńskim lub nijakim. Następuje to jednak tylko w przypadku, gdy mowa jest o zjawiskach pozytywnych. Gdy rodzaj męski użyty jest do opisu występków i przestępstw, tłumacze Biblii pozostawili ją nietkniętą. Schwienhorst-Schönberger pisze: „Krytykując maskulinizm, tłumacze mylą rodzaj gramatyczny z płcią”. Autor konkluduje: „Podejście zastosowane w „Biblii w sprawiedliwym języku” to w dużej mierze interpretacja, a nie tłumaczenie tekstu biblijnego.”

Można przypuszczać, że Schwienhorst-Schönberger nie godzi się w żadnym wypadku na zmiany, jakie wprowadza się do tekstu Biblii, dostosowując go do potrzeb odbiorców. Stanowisko to nie znalazłoby zrozumienia w Stanach Zjednoczonych, ale chyba i u nas może wywołać pewną konsternację. Bo co zrobić z jakże powszechnymi wydaniami Biblii dla dzieci?

Daniel Radosh „The Good Book Business. Why publishers love the Bible”, The New Yorker, 18.12.2006, s. 54.
Ludger Schwienhorst-Schönberger, „Auslegung statt Übersetzung? Eine Kritik der Bibel in gerechter Sprache“, Herder Korrespondenz, 1/2007, s. 20.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.