Klapa za trzy grosze

Campino na pocztówce reklamowej Opery za Trzy Grosze

W środę wieczorem wybrałem się na „Die Dreigroschenoper” w nowej inscenizacji, o której w Berlinie mówiło się od kilku tygodni. Mówiło się dużo i dobrze, głównie za sprawą gwiazdorskiej obsady (m.in. naturszczyk Campino z zespołu Die Toten Hosen jako Mackie Messer), ogromnej kampanii reklamowej i świetnych patronów medialnych. Sztukę wystawiono w specjalnie w tym celu wyremontowanym Admiralpalast. W sobotę, w dniu premiery, Radio Eins cały dzień nadawało na żywo swój program właśnie z Admiralpalast, na bieżąco donosząc, czy ekipa remontowa zdąży z zakończeniem prac, czy jednak trzeba będzie przesunąć premierę. Berlin żył Operą za Trzy Grosze.

Do niedzieli. Gdy recenzenci wytrzeźwieli po odbywających się w ten weekend galach na cześć Bertolta Brechta, zasiedli do komputerów i zjechali przygotowywaną od wielu miesięcy sztukę, której reżyser Klaus Maria Brandauer miał zagwarantować spektakularny sukces. Trudno się nie zgodzić z berlińskimi krytykami sztuki.

Nie jestem wielkim miłośnikiem Brechta, ale jego teksty zapadają w pamięć. Tymczasem w inscenizacji Brandauera wszystkie kluczowe zdania ginęły w chaosie gry. Brakowało ciągłości akcji, a aktorzy dość nieporadnie błąkali się po scenie. Z ciągłością było tym słabiej, że co kwadrans na kilka minut kurtyna opadała, bo w tym czasie zmieniano scenografię. Były co prawda pojedyncze, dobre sceny (np. Meckie wśród prostytutek), ale to zdecydowanie za mało. Śpiew też nie porywał, zresztą od Campino piosenki Kurta Weilla lepiej śpiewał swego czasu nawet Udo Lindenberg. Publiczność co prawda szalała w czasie końcowej owacji, ale pewnie próbowała w ten sposób zapomnieć o kilkudziesięciu euro wydanych na słabą sztukę. W trzecim rzędzie, gdzie usadowiono dziennikarzy, nie wstał nikt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.