Telefon

Czekałem na telefon.

Siedzenie w domu to głupi pomysł, zwłaszcza gdy świeci słońce, a czekanie zwalnia z obowiązku zajęcia się czymś ważnym. Opuściłem moją dzielnicę i pojechałem do centrum. Nad Sprewą pomiędzy linią kolejową a nową jezdnią na dworzec główny jak co roku rozsypała się plaża miejska o nazwie „Bundespressestrand”, co na polski można zgrabnie przetłumaczyć jako „Plaża mediów akredytowanych przy organach rządowych Republiki Federalnej Niemiec”. Wstęp na plażę jest dla wszystkich, ale w tym roku spory połać złotego piasku został wydzielony, otoczony i zabezpieczony. Tak powstała ekskluzywna plaża dla dziennikarzy akredytowanych w biurze inicjatywy „Land der Ideen”, która buduje pozytywny wizerunek Niemiec w czasie mistrzostw. Ponieważ plaża ogólnodostępna zakopcona była kiełbaskami z rusztu, a głośniki maltretowały wątpliwej jakości muzyką, zdecydowałem się na plażę z akredytacją.

Wciąż czekałem na telefon.

Siedziałem sam w otoczeniu luźno poustawianych leżaków, pufów, wiklinowych koszy, parasoli przeciwsłonecznych. Siedziałem sam, choć sam nie byłem. Zdołałem naliczyć piętnaścioro pracowników obsługi. Dwie panie na bramce, wspierane przez dwóch ochroniarzy. Za barem pan i pani. Na plaży dwóch lotnych ochroniarzy. W namiocie z gadżetami i informacjami prasowymi dwóch młodzieńców. Przy grillu kilku kucharzy i kelnerów. Za parawanem babcia klozetowa. I ja, samotnie leżący na plaży w sercu czteromilionowego miasta.

Telefon nadal nie dzwonił.

Wyjąłem książkę z felietonami Alexandra Osanga, które publikował przez ostatnie lata w „Berliner Zeitung”. Wyciągnąłem nogi, pociągnąłem łyk wody mineralnej i oddałem się lekturze. Co rusz wybuchałem tłumionym śmiechem, starając się jednak nie zwracać na siebie zbytniej uwagi pracowników plaży, którzy z braku lepszego zajęcia śledzili mój każdy ruch. W przerwie na przetrawienie treści wyciągnąłem aparat i popstrykałem kilka zdjęć mało udanych zabudowań wokół Reichstagu.

Telefon milczał jak zaklęty.

Wreszcie przestawiłem się na tryb pełnego relaksu. Odłożyłem książkę, podciągnąłem nogawki od spodni, obniżyłem leżak i zamknąłem oczy. Jack Johnson cichutko śpiewał „Where’d all the good people go”. W tej chwili zupełnie mnie to nie obchodziło. Leżałem na plaży z przymkniętymi powiekami, ogrzewany przez słońce i smagany lekkim wiatrem, odizolowany od trosk świata doczesnego.

Wtedy telefon zadzwonił.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.