Strandbad

Aby dotrzeć do przerębla w porze, gdy z jego uroków korzysta jeszcze niewiele morsów, najlepiej nastawić budzik na siódmą rano. Po trzecim budzeniu, a więc około pół do ósmej, wstaje się raczej mało ochoczo z wyrka. Myje się zęby i takie tam, po czym wrzuca do torby na ramię ręcznik i kąpielówki, wkłada uśmiech na twarz i wychodzi z akademika. Po chwili widzi się uciekający tramwaj, bo oczywiście nigdy nie ma się czasu wydrukować rozkładu jazdy czerwonej linii w kierunku przeciwnym niż do centrum. Ale to specjalnie nie szkodzi, bo o tej wczesnej porze tramwaje jeżdżą z szaloną częstotliwością, a ich klientelę stanowią dzieci, jadące uczyć się pilnie dyftongów i zwycięstw kanclerza Bismarcka. Wysiada się na przystanku Römerhof, którego zapowiedź przez głośnik brzmi jak warknięcie znudzonego psa. Przechodzi się obok szkoły dokształcającej imigrantów, którzy nie mają zawodu i nie znają niemieckiego, co nie przeszkadza im panoszyć się na ulicach, jak by byli u siebie w domu. Przechodzi się obok wilii uzdrowicielki, na szczęście nie trzeba już schylać głowy pod świerkami wystającymi na ulicę, bo tajemniczy „oni” niedawno je przycięli. Następnie dochodzi się do przejścia dla pieszych, na którym nie ma świateł. Oznacza to, że każdy kierowca przed nim się zatrzyma, bo niemieccy kierowcy gdy tylko wypatrzą na horyzoncie potencjalnego pieszego chcącego znaleźć się po drugiej stronie czarnej wstążki, od razu zwalniają, uśmiechają się i zachęcają do skorzystania z pierwszeństwa przejścia przez ulicę. Potem wystarczy już tylko przejść obok najgorszego stadionu niemieckiej Bundesligi (no proszę, jednak jest we Fryburgu coś najgorszego; egal – ważne, że jest „naj”) i już jest się przed wejściem do Strandbad. Z wyniosłym spojrzeniem mija się kasę i wejście dla okolicznościowych kąpielowiczów, samemu wyciągając kartę chipową z dziurką. Przechodzi się przez bramkę, dokumenty i pieniądze chowa do depozytu z numerkiem „9”, po czym wystarczy już tylko przebrać się w szatni w kąpielówki, zabrać ze sobą ubranie, ręcznik i torbę, położyć je na ławeczce, zmoczyć się pod lodowatym prysznicem i pięknym łukiem wskoczyć do basenu. Basenu, w którym woda jest teoretycznie podgrzewana, ale tylko teoretycznie, a nawet jeśli praktycznie, to na pewno nie rano. I tak zaczyna się pół godziny wodnej rozkoszy, po której gwarancja dobrego humoru wydłuża się o co najmniej dziesięć godzin.

Strandbad we Fryburgu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.