Dolina Niedźwiedzia

Plan był prosty. Wstaję rano, biorę prysznic, wsiadam w pociąg i śniadanie jem w Neustadt. Tyle plany. Realizacja wyglądała nieco inaczej. Wstałem rano, wziąłem prysznic, wsiadłem w pociąg – na razie się zgadza. Pociąg jechał do Titisee, więc kierunek też był dobry. Jako że Neustadt znajduje się jedną stację za Titisee, więc zgodnie ze wszystkimi prawidłami logiki, nie wysiadłem w niemieckim Zakopanem. Lekko zaniepokoiło mnie co prawda zawiadomienie podane przed stacją, że w Titisee istnieje możliwość przesiadki do Neustadt. Zignorowałem jednak to zalecenie, bo kto by tam ufał badeńskiej mowie. Moja decyzja o podważeniu kompetencji autochtonów okazała się być ze wszech miar błędna. Okazało się, że tylko co drugi pociąg jedzie z Titisee do Neustadt, a co drugi robi wypad w bok i pięknymi łukami wspina się dalej pod górę. Ja trafiłem na ten skręcający, co zresztą mogłem byłem łatwo sprawdzić jeszcze we Freiburgu. Mogłem byłem, ale możliwości nie wykorzystałem, więc musiałem pozwolić zawieść się pociągowi z trzema lwami w logo do następnego przystanku. W ten sposób dojechałem do przedziwnej stacyjki o nazwie Feldberg-Bärental, znajdującej się – jak dumnie informuje ufundowana w 2004 roku tablica – na wysokości 967 metrów nad poziomem morza. Taki pułap daje jej zaszczytne miano najwyżej położonej stacji kolejowej Niemiec.

A więc znalazłem się w samym sercu południowego Szwarcwaldu, otoczony prostymi jak drut sosnami, stojącymi ciasno jedna obok drugiej, osaczony przez wyglądające zza węgła niedźwiedzie i łosie oraz wyśmiewany przez rude i czarne wiewiórki. Cóż było robić? Pierwszy pociąg powrotny z tego końca świata miałem za godzinę, perspektyw na znalezienie bankomatu żadnych, a jako mądry i przewidujący turysta nie miałem ze sobą gotówki, którą planowałem podjąć dopiero w Neustadt. Oznaczało to więc brak śniadania, którym mógłbym uraczyć się w kolejowej oberży. Jedyne co mogłem, to stać się śniadaniem dla dzikiej zwierzyny.

Tej opcji nie brałem poważnie pod uwagę, postanowiłem więc przespacerować się nieco po Bärental. Nieco, bo osada składa się z dworca, trzech domów oraz hotelu z oczkiem wodnym.

Domek w Bärental

Ma za to niewątpliwie jeden wielki atut – cudowne widoki, które odważyłem się skalać przez robienie zdjęć.

Widok na Południowy Szwarcwald

Po dwudziestu minutach szwendania się po Dolinie Niedźwiedziej, stwierdziłem, że muszę albo wejść na jakiś szlak, albo wracać na stację i grzecznie poczekać na pociąg do cywilizacji. W tym właśnie momencie zobaczyłem na horyzoncie coś, co wyglądało jak wieża kościoła. Jak jest kościół, to jest i cywilizacja – pomyślałem i obrałem azymut na zachęcającą budowlę. Po kilkunastu krokach nieco się zawiodłem, bo domniemany kościół – a więc może i ryneczek? – okazał się niczym innym, jak dworcem, z którego wyruszyłem na moją przygodę z niedźwiedziami. Nie pozostało mi nic innego, jak zrobić ładnemu dworcowi parę zdjęć.

Dworzec w Bärental

Gdy wykonałem to zadanie, z lekkim zdziwieniem skonstatowałem, że mam jeszcze ponad pół godziny do odjazdu pociągu. Na takim wygwizdowie czas płynie chyba trzy razy wolniej.

Jedyną racjonalną decyzją, kolejną zresztą tego dnia, jaką mogłem podjąć, było rozpoczęcie pieszej wędrówki do Titisee. Według wszelkich znaków na niebie i ziemi, czyli tablicy informacyjnej, do Titisee miałem jedynie pięć kilometrów, które proponowano przejść Europäischer Wanderweg Nummer 1. Wszedłem więc na szlak turystyczny, którego nazwa skłoniła mnie do smutnych rozmyślań nad przyszłością Unii Europejskiej. Po drodze spotkałem pojedynczych turystów, kolejną śmiejącą się ze mnie wiewiórkę i parę papierków po Werhter’s Original. Gdy ujrzałem brzeg Titisee, niemal ucałowałem z radości niemiecką ziemię, bo brak śniadania, połączony z brakiem kolacji dzień wcześniej, dawał mi się już we znaki. Niemal ucałowałem, bo na drodze stanęła mi, a raczej siadła, kaczka.

Kaczka nad Titisee

Ostatkiem sił dowlokłem się do centrum Titisee, które nic nie robiło sobie z moich dramatycznych przeżyć. Po zasięgnięciu języków w informacji turystycznej, znalazłem zbawienny budynek z czerwonym „S” w logo. Ale aby dotrzeć do bankomatu, do pokonania miałem jeszcze jedną przeszkodę, czyli wielkiego goldena, który rozłożył się w przedsionku banku. Ale czymże jest pies w porównaniu do niedźwiedzi i wiewiórek! Po dwóch minutach ściskałem w dłoni zbawienne dwadzieścia euro, za które kupiłem sobie precla i kulę śnieżną, która wcale nie była ze śniegu, tylko z mdłego kruchego ciasta.

Gdy zwycięsko wyszedłem ze wszystkich czyhających na mnie niebezpieczeństw, osiem minut po południu wsiadłem w pociąg odjeżdżający do Freiburga. We wtorek kolejne podejście do wyprawy do Neustadt.

5 myśli na temat “Dolina Niedźwiedzia

  1. Ha! Ha! Ja tez tak wyladowałam, ale z koleżanka zorientowałyśmy się wcześniej na stacji „Feldberg”. Jednak nie żałowałyśmy wcale, choć pogoda była „freiburska”, czyli lało i lało. Odkryłyśmy śliczny kościółek na małym wzgórzu – warto było!

  2. Szybko pisalam i pomyliłam nazwy stacji. To był „Falkau”. Wiedzę, ze jestes juz freiburczykiem „pełna gęba”, bo wszyscy mieszkancy tego ślicznego skadinąd miejsca opisuja tamtejsza aure wlasnie w taki sam sposob. Moze i statystycznie to jest i prawda. Szkoda tylko, ze przez pol roku pobytu we Freiburgu mogłam sie cieszyc cieplem tak naprawde w sumie moze z 2 tygodnie prawdziwego lata, a w lipcu wspołtowarzysze wycieczki gorskiej z zazdroscia patrzyli na moje…. rekawiczki…a wtedy i czapka bylaby na miejscu! Fakt, ze te lato bylo paskudne w calej Europie, ale czemu własnie musiałam trafić na ten „wyjątek od ciepłej reguły”. No i w ten sposób ciągłe opady deszczu, z mała przerwa na przebłyski słonca i przepiekne tecze (nawet podwojne) mozna nazwac tylko „pogoda freiburska”. Daleka jestem od narazania na szwank „dobrego imienia Freiburga”. Jestem zakochana w tym miescie (oprócz pogody oczywiscie ;-). Bardzo tęsknie, na pewno kiedys tam wrócę. Fajnie sie czyta opowieści ludzi, którzy maja coś wspólnego z tym miejscem na ziemi. Milo sobie powspominac. Np. nie wiedzialm ze Ekosiedlung ma należyta nazwe „Vauban”. Odwiedziłam to miejsce doslownie pol h przed wyjazdem do Polski (ledwo zdazylam na autobus). Ale to tak na marginesie. Pozdrawiam serdecznie!

  3. Przed chwila dotarłam na str. główna i natknelam sie na Twoje CV. A wiec poprawka nie „freiburczyk”, a „berlinczyk”, jesli mozna tak powiedziec. W kazdym razie i tak „niemieckie kilmaty” 🙂

  4. Widze, ze juz nie musze poprawiac, skoro poprawilas sie sama. A wiec wyjasniam: rok mieszkalem we Freiburgu i byl to piekny rok. A teraz mieszkam w Berlinie. I to tez jest piekny okres, ale w inny sposob, zupelnie inny. Na pewno wroce jeszcze kiedys do Freiburga, chocby na jakas podroz sentymentalna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.